Kategoria: blog

  • 10 pomysłów na nowy, sprawiedliwy podatek

    10 pomysłów na nowy, sprawiedliwy podatek

    Serdecznie pozdrawiam wszystkich, którzy uważają, że polski system podatkowy jest arcydziełem logiki i sprawiedliwości. Jest już naprawdę wspaniale, ale żeby było idealnie, trzeba jeszcze trochę dobrych zmian. Podatek ekologiczny? Podatek od deszczu? To dopiero prototypy w Wielkim Sanktuarium Fiskalnym!

    Stowarzyszenie Deszczowców i Ekologów, przy współpracy z Główną Komisją Opodatkowującą Co Się Tylko Da, w pełnym uznaniu dla nieustającej troski Rządu o dobro wspólne, proponuje następujące innowacyjne podatki:

    1. Podatek od wiatru

    • Naliczany od średniej miesięcznej prędkości wiatru (w km/h), mierzonej przez obowiązkowy anemometr.
    • Zakup urządzenia finansowany ze środków UE w ramach Programu „Żagiel w twarz 2030”.
    • Stawka bazowa: 1 zł za każdy 1 km/h.
    • Uwaga: w przypadku podmuchów powyżej 37 km/h stosuje się mnożnik korekcyjny zgodnie z Rozporządzeniem Ministra Powiewów i Podmuchów §7 ust. 3.

    2. Podatek od gradu

    • Rejestrowany na podstawie liczby impulsów akustycznych >60 dB.
    • Stawka: 0,25 zł za impuls.
    • Dachy z blachy falistej podlegają dodatkowej opłacie hałasowej +10%.
    • W razie braku opadów – opłata wyrównawcza 12,30 zł miesięcznie (w myśl zasady „każdy ma prawo płacić sprawiedliwie”).

    3. Podatek od śniegu

    • Jeżeli pokrywa śnieżna >10 cm → stawka 5 zł/m² dachu.
    • Jeżeli <10 cm → opłata stała 2% wartości pokrycia.
    • Zwolnienie: dach kryty słomą (art. 12 Ustawy o Dziedzictwie Terenów Wiejskich).
    • Organ kontrolny: Inspektorat Ciężkości Pokrywy Dachowej (ICP-D).

    4. Podatek od nasłonecznienia

    • Wysokość uzależniona od liczby minut z natężeniem światła powyżej 500 lux.
    • Każde 37 minut nadwyżki = dodatkowe 7,30 zł.
    • Jeśli w normie → opłata „słoneczna”: 87 zł rocznie.
    • Normy obliczeniowe zgodne z ISO-2137 „Czytanie czasopisma w świetle naturalnym bez zmęczenia ocznych gałek”.

    5. Podatek od szronu

    • Wzór: wilgotność (%) × temperatura (°C × –1) ÷ 100 = stawka w zł/m².
    • Zgodnie z Dyrektywą Poślizgową UE 2024/37/UE, parapety północne uzyskują bonifikatę –50%.
    • Szron poranny (między 6:00 a 8:00) traktowany jest jako luksus – opłata podwyższona o 11%.

    6. Podatek od błyskawic

    • Obliczany jako (maks. natężenie światła w lux) ÷ (liczba grzmotów w 10 minut).
    • Minimalna kwota: 13 zł.
    • Piorun kulisty → ryczałt 370 zł (wg Załącznika nr 9 do Ustawy o Burzach i Grzmotach).
    • Organ nadzorujący: Centralne Biuro Pomiaru Zjawisk Nadzwyczajnych (CBPZN).

    7. Podatek od rosy

    • Stawka 0,0037 zł za każdą kropelkę na źdźble trawy.
    • Dla działek >500 m² – ryczałt 123 zł/miesiąc.
    • W okresie wiosennym (marzec–maj) stosuje się współczynnik „rosa plus” ×1,15.

    8. Podatek od tęczy

    • Koszt: 7 zł za kolor, pełne spektrum – 49 zł.
    • Tęcza podwójna → mnożnik ×2.
    • Dopłata patriotyczna: +11%.
    • Naliczanie według systemu SAT-Rainbow 2.0, certyfikowanego przez Agencję Kolorów Naturalnych.

    Nowy podatek to dobry podatek :)

    9. Podatek od ciszy nocnej

    • Jeżeli między 22:00 a 6:00 zarejestrowano 15 minut ciszy <30 dB → stawka 3,70 zł.
    • Cisza ciągła >1 h → kara dodatkowa 37 zł (bo cisza „ponadnormatywna” szkodzi równowadze społecznej).
    • Dokumentacja sporządzana przez Inspektorat Hałasu i Ciszy (IHC).

    10. Podatek od uśmiechu

    • Uśmiech pojedynczy: 0,99 zł.
    • Śmiech >70 dB: 3,70 zł.
    • Śmiech zbiorowy (min. 5 osób): 37 zł ryczałtu.
    • Wersja premium: opłata abonamentowa „Smile+” – 999 zł rocznie (nielimitowane śmiechy i chichy).

    Każdy z powyższych podatków został szczegółowo skonsultowany z Komisją do Spraw Zwiększania Dochodów Choćby Nie Wiem Co, w skład której wchodzą eksperci od fiskalizacji powietrza, certyfikowani mierniczy promieni słonecznych, a także psychologowie specjalizujący się w liczeniu uśmiechów w przestrzeni publicznej. Komisja jednogłośnie orzekła, że „podatek, którego nie wprowadzono, jest stratą moralną i gospodarczą dla całego narodu”.

    Wdrożenie planowane jest etapowo, zgodnie z harmonogramem zawartym w Załączniku nr 37/UE/PL:

    • Etap I – pilotaż (woj. podkarpackie i lubuskie): instalacja anemometrów, czujników rosy oraz pierwszych 1000 egzemplarzy Oficjalnego Licznika Uśmiechów Obywatelskich (OLUO).
    • Etap II – rozbudowa (pozostałe województwa): wdrożenie systemu SAT-Rainbow 2.0 do rejestracji tęcz i Centralnej Ewidencji Błyskawic z repliką w każdym urzędzie gminy.
    • Etap III – pełne wdrożenie narodowe: obowiązkowa aplikacja mobilna „MojePodatki24/7”, automatycznie przesyłająca dane o szronie, chmurach i jakości śmiechu do Ministerstwa Przychodów Naturalnych.

    Bo przecież każdy podatek to dobry podatek, a każdy dobry podatek musi zostać wdrożony w imię sprawiedliwości społecznej, równości obciążeń oraz harmonii budżetowej, zgodnie z Ustawą o Harmonizacji Przychodów z Natury i Życia Codziennego, Dz.U. 2025 poz. 1234, § 7 ust. 3 pkt b.

    W uzasadnieniu do ustawy czytamy jasno:

    „Obywatel, który nie płaci podatku od gradu, w istocie uchyla się od odpowiedzialności za wspólne dobro. Natura daje – fiskus pobiera – taka jest odwieczna bajera.”

    Co więcej, minister właściwy do spraw opadów atmosferycznych zapowiedział już opracowanie Krajowej Strategii Podatkowej 2050, w której znajdą się kolejne innowacje, m.in. podatek od faz księżyca, podatek od długości cienia rzucanego przez obywatela w południe oraz tzw. opłata za nieuzasadnione oddychanie głębokie.

    Wszystko to – jak podkreślają autorzy projektu – w duchu modernizacji, cyfryzacji i pełnej transparentności, aby żaden promień słońca, żaden płatek śniegu i żadne ludzkie westchnienie nie uchyliło się przed czujnym okiem budżetu państwa.

  • Call center – mordownia czy ziemia obiecana?

    Call center – mordownia czy ziemia obiecana?

    Ten artykuł to tekst sprzed lat, z czasów, kiedy pracowałem w call center. Dziś spoglądam na niego z dystansem i lekkim uśmiechem – wiele w branży się zmieniło, zmieniłem się też ja. Co ciekawe – przewidywałem rychłą zmianę w tej branży już wtedy, ale – jak do tej pory – sztuczna inteligencja nie robi pogromu (a telefoniczne boty to szarańcza ery A.I.).

    Dodam jednak te refleksje, bo pokazują, jak wyglądała praca w call center oczami kogoś, kto dopiero zaczynał i próbował zrozumieć jej specyfikę. Szczegóły historii stworzenia tego kawałka tekstu dziś są już nieco rozmyte, ale zdaje się, że został napisany na konkurs organizowany przez portal ccnews – zobacz tutaj.

    Jak pokazały późniejsze lata – nieważne w jakiej branży akurat miałem przyjemność pracować, pisanie towarzyszyło mi niezmiennie. Czasami były to liryczne efemerydy, innym razem artykuły, wspomnienia albo opowiadania. I chociaż czytając ten poniższy odczuwam lekką nostalgię, to gdzieś tam wśród jej oparów czai się nieco dumy. Wszak całkiem jest – jak na moje pisarskie nieopierzenie – zgrabny!

    Tytuł „Na ruszcie ludożerczego plemienia” został opracowany przed redakcję ccnews, ale kompletnie tutaj nie pasuje. Jest wyrażeniem wyrwanym z kontekstu zdania. Dlatego postanowiłem tym razem ochrzcić go:

    Dżungla

    Zapewne znalazłoby się wiele osób, które biorąc pod uwagę mój niezbyt długi staż na stanowisku konsultanta telefonicznego (lubię ten branżowy eufemizm), mogłoby porównać ten tekst do wywodów niewidomego na temat różnorodności barw. Ale, jak wiadomo, spory odsetek osób zatrudnionych w branży call center traktuje ją bardziej jak przystań w drodze do portu, który czeka na końcu żeglugi.

    Tym samym (podobno) wystarczy rok na stanowisku telemarketera, aby zostać już niemal weteranem. Jako że nie jestem nawet w połowie drogi, pominę kwestie optymalizacji interfejsu IVR i zajmę się kwestią postrzegania tego zawodu przez innych.

    call center - piekło czy raj?

    Opinie o call center

    Często bawi mnie treść opinii na temat tej branży. Opowieści o tragicznych warunkach zatrudnienia i wszechobecnym, wyniszczającym stresie. Żenujące stawki godzinowe i prowizje widmo. Historie o obowiązkowych pampersach – niczym w sieci sklepów o bezczelnie owadziej nazwie, rotacja pracowników większa niż w lodówce sklepu nocnego, amfetamina w kawie parzonej z pepsi w zestawie z elektrowstrząsami zwiększającymi wydajność synaps międzyneuronalnych (z tym ostatnim naprawdę ktoś przesadził).

    Tak na poważnie, towarzyszył mi szczery uśmiech, kiedy zapoznawałem się z artykułem, który w roku 2015 wieszczył zagładę „telefonicznym oszustom”. Rozmawiałem też z kilkoma osobami, które były – jak same twierdziły – ofiarami telemarketingowego wyzysku w call center.

    Dlaczego nie warto demonizować call center?

    Będąc człowiekiem, który w sytuacji znalezienia się na ruszcie ludożerczego plemienia twierdziłby, że przynajmniej do końca życia będzie mu ciepło, udało mi się jakoś nie ulec takiemu podejściu. Kompletnie nie rozumiem lamentów demonizujących call center. A przecież nie jest trudno sprawdzić, czy takich opinii jest dużo. Jest ich mnóstwo. Szczególnie lubię jedną – „tu trzeba się nieźle wysilać”. Radośnie odsyłam takich geniuszy do zapoznania się z etymologią czasownika „zatrudnienie”.

    Jak postrzegamy telemarketerów?

    Ciekawy jest również sposób, w jaki postrzegany jest ten zawód przez niektórych ludzi z zewnątrz. Z autopsji wiem, że w przypadku takich wypowiedzi odbywa się to na dwa sposoby. Albo zostajemy od razu zakwalifikowani do niezaradnych życiowo, dla których jedynym możliwym miejscem zarobku jest właśnie niewymagające kwalifikacji call center („co to jest za praca, daj spokój” – często pojawia się tu pogadanka o ambicji). Albo ktoś nas porównuje do oszustów, krętaczy i naciągaczy oraz nazywa bandą bezczelnych natrętów o nazwisku „dzieńdobry”. Tak, spotkałem takich ludzi.

    Klient vs. call center

    Na szczęście nie są to częste przypadki. Call center nie przez każdego klienta jest postrzegane jako obfitujące w korzyści i ktoś ma prawo się zdenerwować przy kolejnej próbie kontaktu – szczególnie w przypadku out-bound. Co nie zmienia faktu, że opinie, które ukształtowały się na temat tej profesji, nie są zbytnio przychylne. Cóż, w rzeczywistości aż tak dramatycznie nie jest, co sprawdziłem osobiście.

    Pochwalne peany również byłyby przesadzone i zdecydowanie nie na miejscu, ale uważam, że najważniejszy jest złoty środek: zdrowe podejście i umiejętność właściwego wykorzystania nabytego w call center doświadczenia w przyszłości. Nieważne, czy call center jest tylko przystanią, czy docelowym portem zawodowej podróży.

  • 8 nazw, które udowadniają, że sztuczna inteligencja ma twórców na srogiej bombie (bo podobno są non-stop)

    8 nazw, które udowadniają, że sztuczna inteligencja ma twórców na srogiej bombie (bo podobno są non-stop)

    Sztuczna inteligencja i jej brandowe nazwy to niezły kabaret. Przynajmniej dla mnie i dziwię się, że jeszcze nikt tego nie zauważył. Oczywiście to wyłącznie moje odczucia.

    To wrażenie nie było poprzedzone szczegółowymi badaniami pochodzenia tych nazw. Przeciętny użytkownik czyta i odczuwa, a nie cwałuje do komputera lub biblioteki, aby zacząć etymologiczne przygody.

    To, co tutaj się odwala utwierdza mnie w przekonaniu, że kwadraciaki nie powinny brać się za kreację, bo wychodzi z tego Frankenstein po wylewie. Panie i Panowie, poproście o pomoc kogoś godnego, bo – jak widać – trip na kwasie albo psylocybinie nie wystarczy, żeby stworzyć perełkę.

    A zatem przedstawiam anty-listę przebojów z dziedziny najgłupsze nazwy dla najmądrzejszego (ponoć już za moment) gatunku świata. Od najmniej do najbardziej nietrafionego.

    8. CODEX – sztuczna inteligencja dla programistów

    Codex to seria narzędzi do kodowania AI firmy OpenAI, które pomagają programistom pracować szybciej, delegując zadania wydajnym agentom kodowania w chmurze i lokalnie. Tak czytam na stronie produktu. Od raz oczami wyobraźni widzę taką scenkę:

    – Hej, jak nazwiemy to narzędzie do kodowania?
    – Może CODEX?

    – WOW! Ty to masz łeb!

    Owszem. Wielki, kwadratowy łeb jak czerwony sześcian na Broadwayu. Do tego z dziurą na środku, umożliwiającą jeszcze szybszą (choć to trudne) ucieczkę dobrych pomysłów.

    Tak, wiem, można doszukiwać się nawiązań do chociażby CODEX GIGAS. Stąd twór znalazł się na końcu listy, bo to jednak spory plusik. Ale ludzie kochani, sztuczna inteligencja zasługuje na jakąś bardziej wielowarstwowy i charyzmatyczny nickname! Coś z charakterem i przebojem! Jeśli KODEX, to tylko ten od White House.

    sztuczna inteligencja i jej gorsze chwile

    7. GEMINI

    Google DeepMind nazwało swój model Gemini od gwiazdozbioru Bliźniąt. Chodzi o metaforę „dwóch stron” sztucznej inteligencji:

    • rozumowanie (reasoning) – AI jako system logiczny, potrafiący planować i analizować,
    • generatywność (creativity) – AI jako twórca tekstów, obrazów czy kodu.

    DeepMind tłumaczyło, że Gemini ma łączyć „matematyczną precyzję” i „twórczą ekspresję”, czyli właśnie dwie bliźniacze natury. Dla mnie pasuje to raczej do dwóch osobowości Google’a – jedna coś robi, druga kasuje projekt po roku. Albo dają Ci produkt, ale drenują Cię z danych. Albo dają Ci darmowy dysk, ale już zaraz masz 87% zajęte, mimo tego, że trzymasz na nim parę zdjęć z Chorwacji i CV. Ale w sumie – kto dziś nie ma ciśnienia na model subskrypcyjny? Ogólnie dla Google mam props, tak tylko się droczę. Ale astrologiczny klimat, choć pomysł fajny i prosty, to jednak do Google w mojej ocenie kompletnie nie pasuje. Na ich miejscu poszukałbym coś u Lema 🙂

    6. Bard

    I od razu nerw, bo bard brzmi, jakby za chwilę ktoś zaczął mi śpiewać kwiecistą poezję. Plus kojarzy się z niezwykle stylową postacią z Leauge of Legends. Tymczasem bard wypluwa teksty… Ech, aż napisałem fraszkę:

    O tekstach przez Barda generowanych

    Suche jak pięty Wojciecha Cejrowskiego
    Po stu okrążeniach toru żużlowego.

    5. Claude

    Tutaj miałem mieszane uczucia, ponieważ nawinie myślałem, że to nawiązanie do dwóch największych twórców impresjonizmu, jednocześnie przedstawiające dualną naturę, którą dzierży sztuczna inteligencja (patrz pkt. 8). Jakież było moje zdziwienie i zawód, kiedy okazało się, że to nazwa na cześć Claude’a Shannona, ojca teorii informacji… No dobra, też ładnie, ale jednak czegoś brakuje. Coś mnie uwiera. A jest tak wysoko, bo nie lubię, kiedy marnuje się piękny potencjał.

    4. ChatGPT

    Sztuczna inteligencja z nazwą podobną do nr seryjnego Twojej zmywarki. Już Gadu-Gadulec Gargulec byłby lepszy. Wybaczcie, ale to jest dokładnie taki sam banał jak teksty, które tworzy. No offence.

    3. MusicLM

    Nie muszę tutaj niczego tłumaczyć… Widoczne twórcy pomyśleli, że sztuczna inteligencja wystarczy, żeby zdobyć szturmem szczyt kreatywności. A przecież jest tyle pięknych nazw w historii muzyki, w teorii muzyki… Ech, po prostu szkoda.

    2. Imagen

    Zaraz przed zwycięzcą nominacja do nagrody Janusz – marketingu. Brzmi jak nowa niemiecka wyrzutnia rakiet albo kombajn. Taki mam Imagen, że zaraz wystrzelę rakieten, co rozpierduchen twój Volkswagen i wyparuje kolagen. A skąd nazwa? Choćbyś wytężał wzrok i umysł, wytrwale wpatrując się w te 6 literek – nie zrozumiesz… Takie to zawiłe, skomplikowane…

    Tak, to jest sztuczna inteligencja do generowania obrazków.

    1. Grok

    Nazwa tego narzędzia pochodzi z powieści „Obcy w obcym kraju” Roberta A. Heinleina, gdzie termin „grok” oznacza dogłębne i intuicyjne zrozumienie.

    Czyżby technokraci wciąż naiwnie uważali, że sztuczna inteligencja ma (lub będzie mieć) intuicję? Cholera, niech i ma, proszę bardzo!

    Dla mnie ta nazwa jest wybitnie nieelegancka. Fuuuu. Brzmi ewidentnie jak onomatopeja opisująca procesy gastryczne. Wypisz wymaluj odgłos beknięcia lub dyskretnego pierdnięcia (takiego na siedząco, krótkiego – na grubej sofie, która stłumiła nieco jego brzmienie).

    Albo beknięcie, lecz takie sflaczałe, niewyprowadzone w pełni. Beknięcie, które uwięzło gdzieś w połowie przełyku, bo nagle do pustego lokalu, w którym popijaliśmy piwko weszły trzy śliczne blondynki. A chcieliśmy tylko sobie po azjatycku ulżyć, zamieniając chamstwo na wyraz aprobaty dla szefa kuchni.

    Proponowałbym, żeby jakiś polski model nazwał się Awruk-3. Też będzie onomatopeicznie, ale z ukrytym przekazem i mniej świńsko.

  • Ekologiczny transport przyszłości: powrót sterowców w 2025?

    Ekologiczny transport przyszłości: powrót sterowców w 2025?

    Ekologiczny transport przyszłości – dlaczego sterowce powinny wrócić?

    Ach, mieliśmy taki wspaniały okres, kiedy sterowiec był symbolem luksusu, dumą inżynierii i wizytówką nadchodzących, lepszych czasów. Potem zniknął z nieba – ustępując miejsca samolotom, oferującym szybkość i globalny zasięg.
    Mnie jednak zawsze fascynował ten majestatyczny, potężny statek powietrzny, dostojnie płynący przez przestworza. I zdaję sobie sprawę, że moje uczucie zapoczątkowało intro starego RTS-a – Red Alert 2. Chociaż tam akurat kontekst jest nieco przerażający – szczególnie dziś. Ale każdemu emerytowanemu graczowi łezka w oku kręci się na wspomnienie wspaniałego „Bombing base ready!” 🙂

    Dzisiaj – w epoce zmian klimatycznych – szukamy czegoś więcej. Potrzebujemy ekologii, ale wizjonerskiej, bez pomysłów wdrażanych na siłę. Sterowiec zdecydowanie nie brzmi jak coś takiego, ale – wbrew logice – okazuje się odpowiedzią. A być może i przyszłością, która była tu od dawna, a tylko cierpliwie czekała na swoje drugie życie

    Sterowiec kontra samolot i statek – różnice w emisji i kosztach

    Samoloty spalają hektolitry paliwa i plują spalinami silników turbowentylatorowych bez żadnych skrupułów. Statki produkują tony dwutlenku węgla, a jajogłowi skręcają zwoje mózgowe i próbują ogarnąć to na spotkankach przy kawce i ciasteczku nazywanych wytwornie “porozumieniami”.

    A sterowiec? Ten grubasek sunie powoli, ale zużywa ułamek energii. Do Sydney z Warszawy nie dolecimy – nawet z przesiadką – w 20 godzin. Ale może czas przestać się ścigać? Chodzi przecież o to, żeby delektować się przejażdzką. A przy okazji nie rzygać smrodem na lewo i prawo. Tak, wiem – sam zatruwam powietrze dwusuwem z mojego Mostera. Ale przynajmniej nie latam długo! A jak będą wydajniejsze baterie, to na pewno zmienię na elektryka. Tak czy inaczej – ekologiczny transport przyszłości nie powinien być mierzony wyłącznie prędkością. Trzeba dodać do równania jakość podróży i odpowiedzialność wobec planety.

    Cisza i luksus w chmurach – nowy wymiar podróży

    Wyobraź sobie: zamiast metalowej puszki, w której 300 osób walczy o podłokietnik – lecisz sobie w przepięknej, przestronnej sali baletowej, która unosi się nad bajkowym krajobrazem. Jest cichutko. Okna panoramiczne. W fotelu jesteś rozwalony jak księciunio. Brak rozkminki związanej z bagażem podręcznym. Slow travel wersja eko premium chillout max. I przy okazji – ekologiczny transport przyszłości w pełnej krasie, dzięki któremu masz poczucie spełnionego obowiązku wobec swojej planety.

    ekologiczny transport przyszłości - sterowiec lecący nad miastem

    Nowe możliwości logistyczne i humanitarne

    Sterowiec nie potrzebuje lotniska ani portu. Może wylądować na pustyni – w dżungli – czy na górskiej hali. Powietrzny Uber w wersji makro. Ciężarówka nie dojedzie, samolot nie wyląduje, a sterowiec na relaksie wjedzie sobie na wybraną część nieba. Pomoc humanitarna na wielką skalę? Transport ogromnych elementów konstrukcyjnych? Event na bezludziu? A proszę bardzo. I tutaj okazuje się, że sterowiec nie jest już egzotyką, tylko praktycznym narzędziem. I to jest właśnie ekologiczny transport przyszłości w realnych zastosowaniach. Piękna rzecz.

    Bezpieczeństwo sterowców XXI wieku

    Tak, wiem – wszyscy pamiętamy Zeppelina Hindenburga. To obraz, który na dekady zaszkodził reputacji sterowców. Ale współczesne konstrukcje nie mają nic wspólnego z tamtymi ryzykownymi czasami. Zamiast łatwopalnego wodoru mamy hel – a w perspektywie badań także inne gazy obojętne, które mogą zwiększyć ekonomię i bezpieczeństwo lotu. Zamiast sznurka i płótna mamy materiały kompozytowe i systemy komputerowe, które czuwają nad każdym metrem trasy. Niedługo pokuszę się o szczegółową analizę katastrofy tej legendarnej maszyny i spróbuję zaproponować alternatywne rozwiązania, które dzisiaj zapewniłyby bezpieczeństwo Zeppelina. Jednak wiadomo – największą jego wadą był wodór.

    Do tego dochodzi kwestia pogody. Dawniej burza mogła być katastrofą, dziś zaawansowane czujniki, satelity i sztuczna inteligencja pozwalają przewidywać turbulencje i omijać niebezpieczne strefy. AI może analizować w czasie rzeczywistym kierunki wiatrów, ciśnienie i zmienne pogodowe, proponując trasę optymalną pod kątem bezpieczeństwa i zużycia energii.

    Sterowiec 2.0 jest więc bezpieczny, przewidywalny i bardziej odporny na trudne warunki atmosferyczne niż wiele tradycyjnych maszyn. Innymi słowy – mniej sensacji w gazetach, więcej spokoju w podróży. Ekologiczny transport przyszłości nie oznacza kompromisu w bezpieczeństwie – przeciwnie, to technologiczny postęp i wsparcie sztucznej inteligencji w trosce o pasażerów.

    Ekologiczny transport przyszłości w praktyce – przykłady wdrożeń

    To nie są już tylko marzenia futurystów. W Europie i USA trwają prace nad flotą cargo, która ma przenosić towary szybciej niż statek – i taniej niż samolot. Przykładem jest projekt Flying Whales, gdzie powstaje gigantyczny sterowiec LCA60T o długości 200 metrów, zaprojektowany do transportu ciężkich ładunków bez potrzeby lotnisk czy portów. Podobną wizję realizuje Straightline Aviation, która wraz z partnerami rozwija hybrydowe sterowce cargo dla trudno dostępnych regionów jak Alaska czy Amazonia.

    Inne projekty idą jeszcze dalej – OceanSky Cruises szykuje luksusowe hotele w chmurach, które mają zabierać podróżnych na 38-godzinną wyprawę ze Svalbardu aż na Biegun Północny, oferując panoramiczne widoki i doświadczenie slow travel w wersji premium. Do gry wchodzą też giganci z Doliny Krzemowej – LTA Research, wspierana przez współzałożyciela Google, pracuje nad Pathfinderem 1, czyli nowoczesnym sterowcem łączącym ekologiczne technologie i zaawansowane materiały.

    Każde z tych przedsięwzięć to dowód, że ekologiczny transport przyszłości od dawna nie jest abstrakcją.

    Dlaczego wspieram wizjonerskie koncepcje?

    Mógłbym tutaj napisać jakiś wzniosły banał o tym, że świat potrzebuje odwagi, nowoczesności, że musimy dbać o naszą planetę, bla, bla, bla… I fakt, coś w tym jest.

    Ale to nie jest główny powód.

    Osobiście chodzi mi tylko o to, że jeśli można, to można. Gigantyczny sterowiec sunący niczym mityczna wimana nad wybrzeżami krajów świata to po prostu coś zajebistego.

    Więc róbmy to.

  • Czy kawa ma znaczenie?

    Czy kawa ma znaczenie?

    Środek bezkresnego przestworu, gdzieś w trasie na północny kraniec Grecji. Słońce powoli zanurza się w smukłej linii horyzontu. Kręta droga prowadząca przez coraz wyższe pagórki i wzniesienia. Ciepło, chociaż nie jest to już typowy grecki upał, który sprawia, że ciężko jest oddychać europejczykowi z południowo – wschodniej Polski.

    Jedziesz z przyjaciółmi na roadtrip życia. Waszym środkiem transportu jest wiekowy Volkswagen Transporter – tzw. „ogórek”, przerobiony na potrzeby takiej właśnie wycieczki. Jest magicznie – silnik benzynowy o pojemności 1.1 litra generuje zawrotną moc 25 KM i wydaje równy, przyjemny – wręcz medytacyjny dźwięk. Jesteś młody, piękny i każdą niewygodę traktujesz z beztroską i poczuciem, że wszystko, co Cię spotyka to przygoda. Życie jest piękne.

    Następny postój – stacja benzynowa. Wysiadasz z auta i przeciągasz się leniwie. Miejsce wygląda obskurnie, ale ma swój urok. W końcu jesteś otoczony tak wspaniałym terenem i ludźmi, których kochasz. Paczka na całe życie, bez dwóch zdań. Marzycie, planujecie i już wiesz, na czyim weselu będziesz świadkiem, a z kim założysz biznes, który osiągnie międzynarodowy sukces. Sukces ten po latach będziecie świętować właśnie tutaj – na tej stacji.

    Dzień zmierza ku końcowi, ale w takich okolicznościach nic nie stoi na przeszkodzie, aby napić się kawy. W końcu przed Tobą cała noc – nikt nie będzie się przecież przejmował okresem półtrwania kofeiny i jakością snu. Zamawiasz – a mówiąc precyzyjnie – kawa robi się sama. Na starym, zardzewiałym automacie vendingowym wciskasz odpowiedni przycisk i czekasz, aż kruczoczarny napój bez śladu kremy wypełni szarawy, papierowy kubek. Bierzesz łyk i prawie wykręca Cię na drugą stronę. Podła robucha. Smakuje jak smoła. Najlepsza na świecie.

    Mija 17 lat. Siedzisz przy stoliku w ekskluzywnej kawiarni. Każdy jej detal został starannie przemyślany, a wokół roztacza się atmosfera luksusu, komfortu i autentyczności włoskiej kultury kawowej. Bar z czarnego, polerowanego granitu, a za barem trzygrupowa FAEMA E71E-3. Świątynia espresso. Przybytek klasycznych aromatów. Zapach spokoju, zapach sukcesu. Kelner dostarcza filiżankę czystej krwi doppio, z 100 ml szklaneczką krystalicznej wody. Oczywiście bez cukru – szanujmy się. Spodziewasz się eksplozji Twoich kubków smakowych i niezwykłego body, ale kawa smakuje jakoś tak… normalnie. 

    Czyżby dlatego, że właśnie czekasz na adwokata, który będzie prowadził Twoją sprawę rozwodową? Z dawnych przyjaciół pozostały Ci tylko nieaktualne kontakty w telefonie lub martwe konta na Facebooku i tęsknisz za tym podłym, kawopodobnym ściekiem, którym raczyłeś się wtedy z nimi na drodze do greckich Meteorów?

    Czy kawa ma znaczenie?

    Bo przecież kawa nie ma aż takiego  znaczenia. Nieważne, jak bardzo w swojej pysze uznaliśmy, że wyciągnęliśmy z niej wszystko, co możliwe. Że wynieśliśmy jej uprawę, przyrządzanie i smakowanie na kompletnie nowy poziom. Kawa to wszyscy Ci, z którymi ją pijemy i wszystko to, co dzieje się wokół niej. Reszta to tylko mniej lub bardziej smaczny napar.

    Kawa 2.0 – czyli wszystko się zmienia.

    Od czasu, kiedy napisałem ten artykuł minęło już nieco czasu. Zmienił się również mój stosunek do napoju, któremu poświęciłem cały ten tekst. Wszystko za sprawą spontanicznego detoksu, a później zmiany punktu widzenia.

    Dzisiaj już tak nie romantyzuję produktu, który – choć prawdopodobnie miał ogromny wpływ na rozwój współczesnej cywilizacji – przyczynił się również do zamknięcia nas w beznadziejnej pętli praca-sen-praca. My dobudowaliśmy do tego całą „kulturę zapierdolu” i daliśmy się porwać przez ten nurt, przez modę na sukces, przez warunkowanie wartości za pomocą osiągnięć w świecie materialnym.

    I to w zasadzie smutne, że jedyną w miarę zdrową chwilę wytchnienia znajdujemy przy porannej filiżance naparu, który w swoich korzeniach ma wyrwanie nas z tej pauzy i rzucenie na kołowrót wraz z innymi chomikopodobnymi bytami. Tak, nasz gatunek za pomocą tego niezwykle wspaniałego organu zwanego mózgiem, ma ogromną łatwość w usprawiedliwianiu nas samych nawet w największych głupotach i absurdach.

    A potem snujemy opowieści (ja również – nie jestem wyjątkiem) o tym, jak to wspaniale było przy tej kawie, czy na tej imprezie, gdzie połowy nie pamiętasz, a połowę wymiotowałeś pod płotem. Taaa, to porównanie być może to eskalowało za szybko i za szeroko, ale nie widzę powodu, żeby nie pisać tego, co chcę pisać.

    No cóż, całe szczęście (i nieszczęście jednocześnie, bo po uświadomieniu sobie tego nie ma na kogo zrzucić winy) – Ty wybierasz. Nikt inny.

  • Profesjonalna strona www dla małej firmy w 7 dni – serio, można.

    Profesjonalna strona www dla małej firmy w 7 dni – serio, można.

    Profesjonalna strona www dla małej firmy w 7 dni. Siedem dni? Możliwe?

    Wg biblijnych opisów w tym czasie Bóg stworzył Świat. Zalogowanym w świecie dzisiejszym może się wydawać, że to zaledwie ułamek sekundy. No bo co można zrobić w 7 dni? Nauczyć się kilku francuskich słówek? Opalić na chorwackim słońcu? Zapewne. Jednak w 7 dni można też spokojnie odpalić nową stronę dla swojej firmy. Brzmi jak żart, ale to możliwe. Profesjonalna strona www dla małej firmy w 7 dni to nie jest scam, albo desperacka oferta złożona przez podejrzanego typa w przydługawym płaszczu pod kantorem.

    W siedem dni, przy dobrej organizacji, można wyczarować projekt, który ma w sobie porządek niemieckiego inżyniera i błysk w oku wizjonera. Nie ma konieczności zwoływania zebrań i tworzenia rzek e-maili. Plan doprowadzi każdy krok prosto do efektu, a nie w kolejną ślepą uliczkę.

    Dzień pierwszy – plan lotu

    Profesjonalna strona www dla małej firmy w 7 dni to nie jest projekt, który usprawiedliwia bezproduktywne ładowanie matchy cały dzień (teraz kawa nie jest modna – choć tak naprawdę chodzi tylko o to, żeby kofeinę zażywać w jak najdroższy i jak najbardziej egzotyczny sposób). Można dyskutować, zmieniać koncepcje co 10 minut, ale najważniejszy jest plan, który zamienia pobożne życzenie w klarowną wizję.

    Co potrzebne – wyrzucić, co konieczne – zostawić

    Profesjonalna strona www dla małej firmy w 7 dni to dość proste zadanie, ale trzeba przestać udawać, że potrzebujesz katalogu IKEA z milionem podstron, wysublimowanych animacji i dwudziestopięciostopniowych lejków sprzedażowych oraz automatyzacji, modyfikacji, rewaloryzacji i reinkarnacji. Website ma być jak doskonale wyprowadzony side kick. Każdy element na swoim miejscu, a każde słowo faktycznie wie, po co przyszło. Nie tak, jak te 5 t-shirtów, które spakowaliśmy w podróż podświadomie wiedząc, że i tak ich nie użyjemy.

    Pomysł = projekt

    Mówią, że jest coś jest zrobione szybko, to jest tanio, ale nie jest dobrze. A jeśli ma być szybko i dobrze, to nie będzie tanio. Nie zgadzam się z tym. Ma być szybko, dobrze i bez przepłacania. Nie drogo i nie tanio. Zresztą – jeśli wartość jest na swoim miejscu, cena jest drugorzędna. Dobry twórca ma “to coś” – nie trzeba się o nic martwić. Będzie zrobione. I to dobrze. Prawdziwy mistrz nie wybiera między szybkością a jakością – łączy je naturalnie. Jego doświadczenie to gwarancja, że efekt przewyższy oczekiwania. Inwestycja w talent zwraca się wielokrotnie.

    Profesjonalna strona www dla małej firmy w 7 dni - czy to naprawdę możliwe?

    Kod, czyli nikogo nie interesuje, ale ma fajnie działać

    Dobór technologii, jakość kodu – determinują to, jak strona będzie działać. Profesjonalna strona www dla małej firmy w 7 dni wymaga precyzji i unikania niepotrzebnych wodotrysków. Zresztą – większość dzisiejszych produktów sprzedaje się z niepotrzebnym nadmiarem. Przecież zysk musi być, a to, że nikomu to nigdy nie będzie potrzebne – nikogo nie interesuje. To ma być dobrze naoliwiona, prosta maszyna. Jak Vitorazzi Moster 185. Mały, prosty, niezawodny – cholernie mocny.

    SEO za jednym zamachem. Czemu nie?

    Jeśli wiesz, co robisz – jesteś w stanie zredukować czas działania kilku lub nawet kilkunastoktronie. Frazy kluczowe dobiera się wtedy dokładnie takie, jakie być powinny. Teksty pisane są z konkretnym celem, a nie “bo tak trzeba”. Profesjonalna strona www dla małej firmy w 7 dni to nie tylko wygląd – to merytoryka, widoczność.

    Finał. Mamy to.

    Dzień siódmy – i ostatni. A jednocześnie to pierwszy dzień nowego rozdziału. Strona działa, formularz wysyła. Klienci mogą się gościć, przeglądać, kupować, wysyłać zapytania. A Ty możesz bookować bilet na Sycylię, bo masz pewność, że Twoja strona działa, kiedy Ty jesteś 12 kilometrów nad poziomem morza. I to jest ten moment, w którym rozumiesz, że profesjonalna strona www dla małej firmy w 7 dni jest nie tylko możliwa do zrobienia, ale i konieczna dla każdego właściciela małego biznesu.

    Podsumowując:

    Siedem dni w świecie dzisiejszego internetu to wystarczająco, jeśli wiesz, co robisz. Wystarczy odpowiednie zarządzanie energią. A jeśli ktoś Ci powie, że się nie da – odeślij go do mnie, albo do moich Klientów.

  • 8 powodów, dla których nie warto zlecać stworzenia swojej strony internetowej

    8 powodów, dla których nie warto zlecać stworzenia swojej strony internetowej

    Projektowanie stron internetowych to jak pierwsze wrażenie na randce. Teoretycznie wszystko gra – ogarnięty barber, BLEU DE CHANEL czuć z kilometra, a zegarek błyszczy tak, że w restauracji robi się jaśniej.

    Potem siadasz przy stole, otwierasz usta… i… error 404. Przez chwilę, bo potem jakoś idzie, ale wpadasz w taki słowotok, że nie wiadomo, o co chodzi. I tyle z efektu „wow”.

    Ze stronami jest podobnie. Można mieć ładną. Można mieć nawet bardzo ładną. Lecz ładna nie zawsze znaczy skuteczna. Ani dopasowana. Ani Twoja.

    Dlatego właśnie – nieco przewrotnie – napisałem ten tekst. Ku przestrodze. I z nutą czułości do tych, co próbują to ogarnąć sami. Albo prawie sami.

    1. Kontrola Ci wymyka się z rąk

    Zlecić stronę to jedno. Oddać cały swój biznes w cudze ręce – to już co innego.
    Zwłaszcza, gdy wykonawca myśli, że krzykliwe kolory to doskonała strategia. Zastanów się, czy ktoś, komu powierzasz zadanie jest na tyle solidny, że będziesz spokojny?

    2. Gotowiec to nie problem – dopóki ktoś wie, co robi

    Szablon sam w sobie nie jest zły. Zły jest brak pomysłu i właściwej adaptacji.
    Jeśli ktoś wkleja Twoje logo w stockowy układ i jest zadowolony – bardzo dobrze, ale to nie jest projektowanie stron internetowych. Projektowanie zaczyna się od precyzyjnych cięć. Mniej znaczy więcej, a jeżeli patent jest dobry, to głupotą i nieodpowiedzialnością byłoby z niego nie skorzystać. Ale z klasą i wyczuciem.

    3. Bo słowo „UX” nie każdemu coś mówi

    I nie musi. No bo jeśli chcemy nawalić tekstu na stronę główną i zostawić ją w spokoju – nie jest potrzebne myślenie o doświadczeniu użytkownika. Witryna to proces, wrażenie – ścieżka Klienta. Czasem bardzo prosta, ale jednak. Warto więc mieć pewność, że ktoś będzie wiedział, co robi. I tutaj naprawdę nie potrzeba 100 stronicowych analiz, za które płacimy miliony monet, tylko zwykła empatia i seria pytań w stylu „czy naprawdę to jest potrzebne”.

    Projektowanie stron internetowych wymaga... empatii.

    4. Linki widmo

    Zamiast przemyślanej struktury – chaos, a zamiast strategii – stos przypadkowych zakładek. Linkują, owszem. Tylko nikt nie wie gdzie i po co. Nic tak nie wkurza jak drzwi, za którymi jest ściana.

    5. SEO to nie czcionka

    „Chcesz pozycjonowanie? Dajmy większe litery i więcej tekstu na stronie głównej.” To się naprawdę zdarza. A potem słyszysz, że projektowanie stron internetowych to pestka, a to, że nie ma Cię w wyszukiwarce to wina Google.

    6. Koszt jednej strony to dopiero początek

    Wygląda tanio, a potem zaczyna się: opłata za poprawki, za optymalizację, za wersję mobilną, za zmianę przy pełni księżyca i zbyt silnym wietrze. Dodatkowo biorytmy – dzisiaj słabo, więc musi być drożej. Jak z lotem Ryanairem – bilet 80 PLN, ale jak przekroczysz o 0.2 mm szerokość bagaży podręcznego to 100 euro należy się. W regulaminie było, nie czytałeś?

    7. Nie wiesz, co działa – a co tylko wygląda

    Wykonawca zrobi swoje, wyśle fakturę i znika jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. A Ty zostajesz z czymś, co może i świeci, ale nie sprzedaje. I nikt Ci nie powie, dlaczego. Tak wygląda „kompleksowe” projektowanie stron internetowych – bez odpowiedzialności i feedbacku.

    8. Bo jak się coś dzieje – to nie ma do kogo zadzwonić

    Standard na rynku usługowym – nie tylko, jeśli chodzi o projektowanie stron internetowych. Wsparcie techniczne nie istnieje. Na odpowiedź mailową czekamy w nieskończoność. Telefon – odsyłają nas od Annasza do Kajfasza. A przed płatnością było tak pięknie…

    Bo strona nie jest kosztem. To inwestycja, której nie warto oddawać byle komu

    Projektowanie stron internetowych to nie tylko wygląd. Nie chodzi o to, żeby było „ładnie”. Chodzi o to, żeby wszystko miało sens. Dla Twojego Klienta i dla Twojego celu.

    Bo co z tego, że masz śliczny font i przyjemne kolory, skoro Klient nie wie, co dalej? Gdzie kliknąć? Co kupić? Dlaczego właśnie u Ciebie? To nie jest wizytówka. To narzędzie. Ma działać i dowozić.

    Strona ma prowadzić użytkownika – od pierwszego kliknięcia do działania.
    Ma odpowiadać na pytania, zanim jeszcze zostaną zadane.

    Żeby to osiągnąć, trzeba rozumieć ludzi. Ich emocje, decyzje, wątpliwości.
    I trzeba znać kontekst – biznesowy, komunikacyjny, technologiczny.

    Kod? Jasne, jest istotny. Ale to dopiero potem. Bez przemyślanej strategii i ludzkiej perspektywy – nawet najgenialniejsza architektura projektu nie uratuje.

    Zamiast więc błądzić po omacku, zgadywać, kombinować – zleć to komuś… wbrew tytułowi tego artykułu. Ale komuś, kto zada właściwe pytania. Nie po to, by zbudować „stronę”. Po to, by zbudować coś, co naprawdę działa.

    Opowiedz, co chcesz osiągnąć – a ja pokażę Ci, jak to zrobić dobrze ->

  • Nie zasługujemy na Sycylię

    Nie zasługujemy na Sycylię

    Projektowanie nie jest dla królów. Nie sprowadzajmy tego pojęcia do finezyjnego poruszania cienkopisem po kartce papieru lub rysikiem po tablecie. Projektowanie odbywa się 24 na dobę – kiedy odbieramy rzeczywistość. Sprzeczność? Żadna.

    Im więcej pożądanych danych wejściowych, tym więcej danych na wyjściu. Stąd moje częste podróże i zmiany otoczenia. Nie dotyczy to wyłącznie miejsc, ale też sztuki czy jedzenia. Oczywiście bez przesady. Zodiakalna rybka lubi posiedzieć w domu.

    Ale dziś będzie o podróżach. Bo to piękne i zawsze buduje mięsień, który projektowanie ułatwia. Nie myślę jedynie o koncepcjach – myślę o życiu. Choć to przecież też koncepcja.

    Zapnijcie zatem pasy i wsiadajcie ze mną do samolotu lecącego w stronę urokliwej Katanii. To miejsce nie mogło się wydarzyć, a jednak…

    Dzień dobry, Sycylio! <3

    Projektowanie rzeczywistości w Sycylijskim klimacie zawsze zostawia długi i leniwy posmak.

    Wylądowaliśmy, a ja miałem wrażenie, że mój zegarek w jednej chwili zwolnił. Nie mówię tu o subiektywnym uczuciu, którego doznajemy łapiąc oddech poza miastem. Dosłownie – ruch wskazówki sekundowej był znacznie wydłużony. Słońce bez ceregieli oznajmiło mi, że powinienem się wyluzować, bo będzie co ma być, a czego nie, to i tak nie będzie. Zresztą – po co w ogóle myśleć o czymkolwiek poza teraźniejszością?

    Giuseppe

    Wykonaliśmy telefon do Giuseppe, który – ku naszemu zaskoczeniu – kompletnie po angielsku nie rozmawiał. Dialekt, z którym próbowaliśmy się z nim porozumieć był włosko – hiszpańskim miksem ze szczyptą łamanej angielszczyzny. Do porozumienia jednak doszliśmy. Teoretycznie, bo – choć wiedział, o której będziemy się meldować – miał przybyć dopiero za 3 godziny.

    – Ale jak 3 godziny, to będziemy czekać pod domem?
    – No tak, bo ja teraz mam imprezkę rodzinną i wiecie, no nie mogę. Ale poczekacie, tak?

    No poczekamy. Jakie mamy wyjście? To był początek i pierwsza lekcja w Katanii – nie zesraj się. To Ty masz interes, żeby nocować u mnie. Bez żadnej niechęci – po prostu stawiam siebie na pierwszym miejscu i tyle. 

    Tak więc Giuseppe przyjechał, baaaardzo powoli, w klapeczkach. Czuć było od niego jakieś winko – dał nam klucze i uśmiechnięty pojechał dalej. A my zaczęliśmy odkrywanie sycylijskiej mentalności i projektowanie jej wspaniałego obrazu na naszą podświadomość.

    O widokach na Etnie nie będę pisał. Nie wolno słowem zbezcześcić tej krainy. Trzeba jej doświadczyć. Każda próba opisu będzie nieudolnym i pokracznym usiłowaniem naśladowania Boga. Zresztą – każdy przeżyje to zupełnie inaczej – dokładnie tak, jak każdemu inaczej będzie smakować filiżanka doskonałej kawy.

    Następnego dnia – łapiemy autobus do Taorminy. Miał odjechać o 14.00, ale kierowca (znowu Giuseppe – nie do wiary!) przyjechał o 13.20 i stwierdził, że pojedziemy o 13.25, bo jak poczekamy dłużej, to przyjdzie więcej ludzi, a jemu nie działa klimatyzacja, więc będzie za gorąco.

    – Ale Giuseppe, tam ludzie kupują bilety na ten kurs, co z nimi?
    – Nie rozumiem – oburzył się – przecież będzie następny!

    I odjechaliśmy, spoglądając w stronę niczego nieświadomej kolejki przy kasie biletowej. Ale przecież będzie następny! A nawet jak nie – to jutro też jest dzień. A jeśli jutro nie ma dnia, to w sumie – nie było o co się martwić, prawda?

    Prawda

    Prawda. Bo prawda jest tylko jedna, chociaż każdy ma swoją, czyli w sumie tak naprawdę trudno o prawdę. Jedna jest też Etna i każdy też ma swoją. Moja to szalone zbieganie z krateru ku zdumieniu przechadzających się turystów i fascynacja wciąż parującymi skałami – lata po erupcji. Oraz marzenie o lataniu nad nią – które już częściowo spełniło się niedawno, gdy zdałem egzamin na pilota motoparalotni (To było dopiero projektowanie rzeczywistości! Lecz to historia na inny wpis).

    Schodząc z wulkanu chcieliśmy się napić, ale w sklepie o powierzchni ponad 100m2 i kilku ścianach lodówek nie mogliśmy znaleźć zimnych napojów – jedynie wina i sery (jeśli mam być szczery, to tutaj ktoś ewidentnie projektowanie spieprzył). Wyjaśniliśmy ekspedientce na migi, co chcemy i zaprowadziła nas do chłodziarki wielkości bagażu podręcznego, gdzie z namaszczeniem wydobyłem zimne Mountain Dew. Gdy wznosiłem je nad głowę, chóry anielskie śpiewać zaczęły pochwalne pieśni. Oczywiście w sycylijskim dialekcie.

    Zagadaliśmy też do jednego małolata, który z racji wieku szkolnego po angielsku nawet rozmawiał. Mówimy, że jesteśmy z Polski, na co on odpowiedział bez najmniejszego śladu emocji:

    – Cool.

    On kompletnie nie wiedział gdzie jest Polska. Widziałem to w jego oczach. Zazdrościłem mu tego. Po krótkiej wymianie zdań pożegnaliśmy się i życzyliśmy mu miłej siesty, bo chyba teraz taki okres (sierpień zdaje się). Na co on znów – z totalnym politowaniem w oczach spojrzał na nas i rzekł:

    – Człowieku. Jestem z Sycylii. Mam siestę cały dzień, każdego dnia…

    Outro

    Dlatego nie zasługujemy na Sycylię, chociaż w sercu każdego obywatela Ziemi powinna być obowiązkowa. Chociaż obowiązek w tym zdaniu to mocne nadużycie 🙂 Zasługujemy natomiast na to, co wprowadzamy do świadomości. W 100%, bez żadnych wymówek. Nie powinno nas dziwić objawienie się różnego rodzaju chochlików, jeśli cały dzień wpatrujemy się w ich siedlisko.

    Pakujmy więc manatki i ruszajmy! Na Sycylię, Chorwację – gdziekolwiek. Mapa jest duża i niezależnie od tego gdzie jesteśmy, patrzmy nie tylko w dobrą stronę, ale i z dobrej strony. To jest prawdziwy hack – niewyobrażalnie skuteczne projektowanie rzeczywistości.

    Nie wierz mi.
    Sprawdź.

  • Pływające generatory energii ekologicznej – WaveWatch 1.0

    Pływające generatory energii ekologicznej – WaveWatch 1.0

    Pływające generatory energii ekologicznej to idea, która przybyła do mnie jednego dnia. Ma ona swoje korzenie w pewnym pięknym chronometrze.

    Zegarki nigdy były moją pasją, ale zawsze doceniałem piękno i charakter wielu z tych urządzeń. Mój Zeppelin to połączenie stylu, charakteru, historii oraz wspaniałej myśli technicznej sięgającej 1776-1777 roku. Idei, która ewoluowała tak naprawdę jeszcze przez kolejnych dwieście lat, przechodząc serię usprawnień i innowacji.

    Uwielbiam słuchać, jak przy niewielkim nawet ruchu ręki mechanizm wprawiony w ruch zaczyna generować przyjemny grzechot i subtelne wibracje, stopniowo zwalniając i przechodząc w ciszę – aż do następnego wzbudzenia.

    Pewnego dnia – rozważając rozmaite źródła energii ekologicznej, wpadłem na pomysł, żeby wykorzystać mechanizm użyty w takich zegarkach i stworzyć z nich miniaturowe elektrownie. Pływające generatory energii ekologicznej, które napędza… ruch fal oceanicznych.

    Jak działają zegarki automatyczne i dlaczego są warte uwagi?

    Pływające generatory energii ekologicznej - inspiracja z bardzo starej technologii

    Sercem zegarków automatycznych jest rotor, czyli ten niezwykle sprytny element obracający się podczas ruchu ręki. Obrót rotora napina sprężynę główną, a ta oddaje energię w stałym, równomiernym tempie. W efekcie zegarek jest nakręcany tak długo, jak się poruszamy.

    A co w naturze porusza się nieustannie? Fale oceaniczne.

    Jeśli ruch ręki może nakręcić zegarek, możemy wykorzystać ruch fal, aby nakręcić większy mechanizm i generować energię. Z pewnością jest to spore wyzwanie dla inżynierii, ponieważ skala jest tutaj o wiele większa, a rozkład sił wygląda zupełnie inaczej ze względu na turbinę. Uważam jednak, że model wart jest przynajmniej teoretycznego rozważenia.

    WaveWatch – zegarek, który zasila świat

    Przedstawiam Wam WaveWatch. Nazwa to dość prosta gra słów – bo watch to zegarek, ale jednocześnie straż. Maszyna stoi przecież na straży ruchu falowego tafli oceanu. Futurystyczna konstrukcja unosząca się na falach o kształcie, który prowokuje jej gwałtowne ruchy (widzę tutaj coś na kształt sterowca umieszczonego pionowo w wodzie). WaveWatch jest wyważony tak, że niewielki ruch fal sprawia, że odchyla się maksymalnie od pionu, albo wręcz obraca się o 180 stopni.

    Jak działa WaveWatch?

    1. Ruch fal = nakręcanie sprężyny
    Każde podniesienie i opadnięcie na fali powoduje, że wewnętrzny rotor porusza się, napinając ogromną sprężynę spiralną.

    2. Magazynowanie energii
    Sprężyna magazynuje energię mechaniczną, która może być uwalniana w kontrolowany sposób.

    3. Konwersja na prąd
    Energia sprężyny napędza generator elektryczny, który zamienia ją w prąd.

    Następnie prąd trafia:

    – do lokalnych baterii (na farmie morskiej)
    – albo bezpośrednio do sieci energetycznej na lądzie przez kabel podwodny.

    4. Samoregulacja
    WaveWatch ma wbudowany system stabilizacji, który utrzymuje go w odpowiedniej pozycji względem fal, aby zoptymalizować wydajność. Być może sztuczna inteligencja wykonuje odpowiednie działania i tak steruje ciężarem w środku (np. baterią – o ile konstrukcja przewiduje jej umieszczenie w maszynie), żeby kontrolowanie “przewracać” pylon w celu wywołania jak najwydajniejszego ruchu mechanizmów.

    Dlaczego uważam, że pływające generatory energii ekologicznej WaveWatch to ciekawy pomysł?

    Zalety:

    • Pracuje 24/7 – fale nie przestają się ruszać nawet nocą
    • Prosta mechanika – mniej awaryjna niż elektronika w trudnych warunkach
    • Przyjazny środowisku – nie emituje CO₂, nie zakłóca życia morskiego, nie mieli ryb jak klasyczne turbiny
    • Stylowy design – w końcu kto by nie chciał eleganckiego Zeppelina na oceanie?

    Wyzwania do pokonania:

    Słona woda – największy wróg mechaniki – żrąca, agresywna, wciska się wszędzie.

    Rozwiązania:

    • Materiały odporniejsze niż adamantium – zastosowanie stopów tytanu, grafenu lub ceramicznych powłok hydrofobowych (już dziś używanych w zegarkach dla nurków) – znacznie wzmocniłoby pływające generatory energii ekologicznej
    • Samoregenerujące się powłoki – nanotechnologia, która automatycznie “łata” mikropęknięcia w warstwie ochronnej.
    • Szczelność – multiuszczelki z gum fluorowych, jak w sprzęcie NASA.

    Skalowanie – jeden WaveWatch zasili co najwyżej kilka domów. Miasta potrzebują całych flot.

    Rozwiązania:

    • Pływające farmy energetyczne – setki, a nawet tysiące WaveWatchów w sieci, podłączonych przewodami do hubów energetycznych
    • Modularne konstrukcje – pływające generatory energii ekologicznej mogą łączyć się z innymi jak klocki Lego, tworząc większe platformy
    • Wsparcie AI – sztuczna inteligencja zarządza całą flotą, optymalizując pracę pod kątem prądów i fal
    • Serwisowanie – zegarek możesz oddać do zegarmistrza, a tutaj potrzebna będzie cała przeszkolona ekipa – nurków / techników z własną łodzią i zaawansowanym sprzętem

    Nieregularność fal: bywają kapryśne, a urządzenie musi stać stabilnie, by efektywnie zbierać energię.

    Rozwiązania:

    • Odpowedni kształt – dla zarządzania stabilnością
    • Balast dynamiczny – wbudowane zbiorniki, które automatycznie regulują poziom wody dla wyważenia
    • System żyroskopowy – mechanizmy stabilizacyjne znane z dronów i jachtów regatowych

    Pływające generatory energii ekologicznej – wizja przyszłości?

    Pływające generatory energii ekologicznej - farma w pełnej krasie

    Widzę setki, tysiące WaveWatchów, dryfujących na oceanie w odpowiednich “ławicach”. Razem tworzą coś w rodzaju farmy energetycznej. Każdy z nich dostarcza niewiele energii, ale razem tworzą potężny system zasilania dla miast na wybrzeżu. Dla stojącego na brzegu grają wspaniałą symfonię pomruków, niosących się równolegle z uderzenami fal.

    Bez ogniw krzemowych, toksycznych metali i ryzyka zanieczyszczeń gruntów.

    To nie tylko sposób na wykorzystanie ogromnego, niewyczerpalnego źródła energii (fale), ale także szansa na rozwój technologii mechanicznych w skali, jakiej jeszcze nie było.

    Czy pływające generatory energii ekologicznej są realne?

    Na razie WaveWatch to pomysł bardziej z działu “co by było gdyby” niż projekt do wdrożenia zaraz. Ale nie zapomniajmy, że żyjemy w czasach sztucznej inteligencji – może warto zaprząść ją do takich projektów, zamiast budować kolejną niepotrzebną aplikację, która pomaga wciskać kolejną nikomu niepotrzebną usługę?

    Jestem przekonany, że to właśnie takie nietypowe koncepcje pozwolą nam odciążyć planetę i zbudować naprawdę zrównoważoną przyszłość – bez pseudoekologicznych teorii i produktów, które tak naprawdę mają tylko generować sprzedaż. I wcale nie trzeba spieprzać na Marsa. Bo może dopiero stamąd przylecieliśmy? 😉

  • Czy własna strona ma sens w 2025?

    Czy własna strona ma sens w 2025?

    Własna strona dla jednych to zbędny luksus. Dla innych – konieczność, ale najlepiej za darmo (bo to uczciwa cena) i „na wczoraj, bo AI”. Odpowiedź na pytanie tytułowe nie jest taka oczywista, jak mogłoby się wydawać.

    Mamy dziesiątki rozwiązań subskrypcyjnych, dzięki którym własną stronę możemy mieć za grosze w kilka minut. Czy takie rozwiązania są dobre? Czy zlecanie stworzenia własnej strony, dedykowanego projektu w ogóle ma dzisiaj sens? W dobie automatyzacji, no-code’u? Klik – i robisz, co chcesz…

    Zasadność

    Własna strona zawsze ma sens. Trzeba tylko pamiętać, że to nie wizytówka (jak kiedyś powszechnie uważano). Twoja strona to Twój HANDLOWIEC. Niezależnie od branży czy oferty. Obecność w Sieci może być Twoim być albo nie być – szczególnie na początku. Nawet najprostsza strona daje Ci przewagę nad tymi, którzy liczą tylko na social media – bo to przestrzeń, którą kontroluje ktoś inny. Pamiętacie legendę o usunięciu fanpage-a o tematyce rowerowej za zbyt częste używanie słowa „pedał”? Nie wiem, na ile prawdziwa historia, ale mechanizm działania znany i wielokrotnie przerabiany przez firmy. Własna strona to niezależność i widoczność.

    Dedykowana strona vs. rozwiązania gotowe

    Jestem fanem WordPressa, choć uwielbiam też minimalistyczny, klasyczny HTML. Własna strona internetowa stworzona na WP to inwestycja w elastyczność i pełną kontrolę nad wizerunkiem. W przeciwieństwie do kreatorów, takich jak Wix, Squarespace czy Shopify, pozwala na dopasowanie wyglądu i funkcjonalności do indywidualnych potrzeb Twojego biznesu. Bez kompromisów i ograniczeń. Dzięki lekkiemu, zoptymalizowanemu kodowi działa szybciej, co przekłada się na lepsze pozycje w Google i wyższe wskaźniki konwersji. Masz pełną swobodę rozwoju – możesz dodać sklep, system rezerwacji, blog czy integracje bez dodatkowych kosztów abonamentowych. Możesz też zlecić stworzenie własnej wtyczki, wg. nietypowych potrzeb. To rozwiązanie dla tych, którzy cenią oryginalność, niezależność i długofalowe oszczędności.

    Ale trzeba umieć to robić. I wiedzieć jak to robić. Oczywiście są projekty, do których WordPress się nie nadaje – i trzeba mieć tego świadomość.

    Copywriting

    I tutaj zaczyna się zabawa, bowiem dzisiejszym twórcom, zaczadzonym możliwościami AI wydaje się, że wystarczy dobry prompt lub ich seria, żeby Claude napisał świetny tekst. Owszem, bardzo ułatwia życie, pomaga w researchu, planowaniu schematu. Dzięki modelowi językowemu pewne rzeczy zrobimy po prostu szybciej. Przy ogromnych stertach danych – nieocenione. Ale nic nie zastąpi dobrego pomysłu, iskry z podświadomości, designu duszy. Pojęcia, których SI-owi technokraci nie tyle nie rozumieją, co po prostu nie uznają. I mają do tego pełne prawo. Ba – mogą mieć nawet rację! A jeśli wszyscy im uwierzymy, zostaniemy w przestrzeni pełnej kwadratowych tekstów, będących jedynie nieudolną imitacją czegoś, na co nie ma nawet pojęć. I zachwycimy się nimi, bo nie będziemy znali niczego innego.

    Własna strona to ważna rzecz. Dobrze, żeby zajął się nią ktoś, komu nie brakuje pomysłów.

    SEO i optymalizacja

    W przypadku, kiedy chcemy naprawdę dobrze zająć się SEO – gotowe rozwiązania często są niewystarczające. Czasami brakuje po prostu drobnych funkcjonalności, albo nie możemy po prostu dopisać linijki kodu, która jest kluczowa. Nie wspomnę już o tym, że blog to zazwyczaj opcja dodatkowo płatna lub dostępna w wyższym abonamencie, a WP jest systemem,
    który ewoluował z platformy do blogowania. Do tego mnóstwo genialnych rozwiązań, takich np. jak Yoast SEO lub RankMath i jesteśmy w domu.

    Przyszłość

    Nigdy nie wiesz, w jaką stronę rozwinie się Twój biznes i co trzeba będzie zmieniać. Co dodać, a z czego kompletnie zrezygnować. Twoja strona będzie zmieniać się tak samo, jak zmienia się Twoja firma. Rozwiązań kodowych i szybkich nie demonizuję – czasami są po prostu lepsze i bardziej sensowne.

    Wiele razy zdarzyło mi się Klientowi odradzić, bo na jego etapie lub dla jego potrzeb kompletnie nie miało to sensu. Dobrze jest znaleźć złoty środek, zamiast podejmować decyzję bazującą wyłącznie na emocjach albo niezbyt skrupulatnie zebranych danych.

    W znakomitej jednak większości własna strona podstawiona na WP będzie doskonałą bazą do ewentualnego rozszerzenia o potrzebne narzędzia w przyszłości.

  • Grawitacja: super-glue rzeczywistości czy wielki blef?

    Grawitacja: super-glue rzeczywistości czy wielki blef?

    Grawitacja. Wszyscy ją znamy. Nie wiadomo, czy ją kochać – bo z jednej strony łamie nogę i kręgosłup, ale z drugiej strony sprawia, że nie odlatujesz w kosmiczną pustkę jak noworoczny fajerwerk. Mało kto ją jednak rozumie. W szkole uczą: jabłko spada, planety się kręcą „bo grawitacja”. I finito.

    A jeśli to tylko ładna ściema, która trzyma ludzi w poczuciu, że są mądrzy?

    Newton. Klasyk.

    Issac mądry był i gdyby dziś żył, to pewnie miałby wszystko z Apple. Mówił, że grawitacja to siła przyciągania między każdymi dwoma masami. I fajnie, bo dzięki temu powystrzeliwali te wszystkie cuda do góry i teraz w Google Maps możesz sobie wklepać adres i cyk – naprowadzanie. Każdy może być jak Jason Bourne.

    Einstein był blisko… albo i nie?

    Ale potem wjechał Albert. W jego teorii względności grawitacja nie jest już siłą w klasycznym sensie – to efekt zakrzywienia czasoprzestrzeni przez masę i energię. Wyobraź sobie to tak: dobrze odżywiony człowiek wszedł na wielką trampolinę i rozsypał wokół siebie kulki. Te kulki będą zjeżdżały w dół, w stronę zagłębienia, jakie tworzy. Tylko, że na poziomie kwantów ta narracja sypie się jak resztka kruchego ciasta z rabarbarem, które odstało swoje na lodówce po świętach.

    Grawitony, struny i inne takie

    Fizycy kombinują więc dalej. W świecie kwantów wymyślili grawitony – cząstki, które miałyby przenosić grawitację. Jeszcze ich nikt nie widział, ale są modne na konferencjach. Jeszcze bardziej futurystyczne są teorie strun i zasada holograficzna, według których nasz świat może być tylko projekcją. Tę ostatnią kocham najmocniej i postanowiłem zrobić z niej swoją.

    Grawitacja to… efekt patrzenia?

    Lecę na grubo: grawitacja nie istnieje w ogóle. To tylko efekt tego, że świadomość uporczywie skleja rzeczy w całość, żeby nie oszaleć.

    Bez percepcji rzeczywistość mogłaby być tylko chaotycznym szumem danych. Masa nie przyciągałaby masy – bo „masa” nie byłaby potrzebna.

    Grawitacja nie straszna zuchwałym.

    Grawitacja holopercepcyjna

    Załóżmy, że Twój mózg jest procesorem renderującym rzeczywistość w czasie rzeczywistym. To, co wydaje się „fizyczne”, jest tylko interfejsem użytkownika – pięknym, minimalistycznym designem Wszechświata – i Ciebie jednocześnie.

    Grawitacja to UX, który daje iluzję spójności. Bez niego rzeczy dryfowałyby w nicości jak obiekty, które wyjechały poza obszar roboczy w Ilustratorze.

    Jeśli grawitacja to percepcja, to wszystko, co robisz jest dokładnie tym samym. Tworzysz iluzję ciężaru, znaczenia, spójności. I to Ty decydujesz, co trzyma świat w całości 🙂 Tak jak ja decyduję, że teoria grawitacji holopercepcyjnej jest najfajniejsza i tyle!

    P.S.

    To miał być artykuł SEO, ale coś nie poszło. Skończy się prawdopodobnie tak, że więcej będzie tutaj moich eksperymentów myślowych, niż SEO. Ale skoro już sobie o tym przypomniałem – z tym zakończeniem lecimy jeszcze raz:

    Wszystko co robisz, nieważne, czy piszesz teksty, tworzysz strony internetowe, aplikacje, gotujesz obiad, malujesz -> wszystko skleja Twoja percepcja 🙂

    Spokojności!

  • Design z duszą w erze AI

    Design z duszą w erze AI

    Stało się. Nadeszła nagle i niespodziewanie. A wraz z jej przyjściem zadrżeli wszyscy ci, którzy wierzyli, że design z duszą jest niezastąpiony.

    Przeszła test Turinga i Świat nawet tego nie zauważył. GPT 4.5 był uznawany za człowieka w 73% przypadków. Pomińmy kwestię, czy taki test w sposób właściwy definiuje inteligencję maszynową. Zostawmy również pytanie „czym w ogóle jest inteligencja?” albo „która spośród kilkudziesięciu jej definicji jest właściwa?”.

    Przebudzenie

    Wobec objawienia się AI w naszej rzeczywistości pochylmy się nad kreatywnością. Czym jest? Czy można się jej nauczyć? A jeśli tak, to w jaki sposób?

    Jednoznaczne zdefiniowanie kreatywności jest niemożliwe, absurdalne i bezcelowe. Bywa również niebezpieczne dla jej samej. Tworzenie definicji kreatywności to gwałt na jej esencji, ponieważ bezczelnie niszczymy jej istotę – wolność od schematów.

    Maszyna bez duszy

    Nie można stworzyć zbioru danych, w których zawrzemy wiedzę dotyczącą tego, jak być kreatywnym. Kursy i książki, które przekonują, że są w stanie nauczyć kreatywności – to scam.

    Narzędzi może nauczyć się każdy. To proste.

    Teorię poznać może każdy. Banalne. Wystarczy trochę czasu i chęci. A czasem potrzebny jest jeszcze dobry nauczyciel. Inspirujący Mistrz.

    Ale kreatywność, to nie to, co przeczytano, ale DLACZEGO to przeczytano. I z jakiego powodu Cię to chwyciło za serce. Kreatywność to bycie sobą i wybieranie właściwych rzeczy dla siebie – nie z powodu mody, trendu, albo nowej, rewolucyjnej idei. To spokój w zgiełku. Słuchanie szelestu porannych gwiazd. Śpiewu swojej duszy.

    Obserwowałem eksplozję efemeryd, nie wnoszących nich poza przaśną treścią mema, starszą niż Układ Słoneczny. Wtórnych i wulgarnych żartów ożywionych przy pomocy Veo 3. Kupa śmiechu i wyświetleń. Pewnie – sam też się śmiałem, nie będę kłamał. Ale to nie oznacza, że nagle przybyło nam twórców. Skille przestają mieć znaczenie – jesteś tak dobry, jak Twój pomysł. Nic więcej.

    To, że masz do dyspozycji narzędzie, które zrobi coś za Ciebie – to wspaniałe. Ile teraz otworzyło się przed Tobą możliwości! Ale jeśli boisz się, że AI zabierze Ci pracę – a jesteś „artystą”… powinieneś zmienić branżę. Widocznie Twoje „dlaczego” jest niewystarczające. Słabe i nieprawdziwe.

    Nie boję się nowych zabawek. Jestem podekscytowany drzwiami, które otwierają. Piękne perspektywy, żeby tworzyć design z duszą. Swoją kreatywność pielęgnuję, robiąc małe kroki w miejsca, które czasami budzą strach. Nie daję dość do głosu lękom, bo sprawiają, że ona umiera. Eksploruję nowe idee. Staram się przy tym wszystkim zachować czystą ciekawość oraz zdziwienie wobec Świata i ludzi.

    design z duszą

    Dlaczego mam dobre przeczucia?

    Były czasy, kiedy czułem się zupełnie niepotrzebny. Nie lubię do nich wracać, ale siłą rzeczy czasem demon wyłazi z kąta. Być może dziś wiele osób obawia się tego samego. Że zostaniemy zastąpieni przez perfekcyjnie maszyny. Ale co tak naprawdę daje nam złudne poczucie „bycia potrzebnym”?

    Życie nie potrzebuje pretekstu, żeby kwitnąć. I tak już tutaj jest – a my jesteśmy nim.

    Kreatywności nie da się nauczyć.

    Ale można sobie o niej przypomnieć.

    Nic innego, niż design z duszą.

    Jestem przekonany, że design z duszą to nie żaden manifest artysty. To przestrzeń, w której można zacząć oddychać inaczej. Moment, gdy błysk budzi w ludziach emocje, dźwięki układają się we wspomnienia, a forma transformuje we wciągającą opowieść.

    Kreatywne idee nie muszą krzyczeć. Design z duszą jest mocą, która tkwi w ciszy. W ciszy rodzi się zdziwienie, a ze zdziwienia budujemy zachwyt. Prostota pozwala zobaczyć więcej. Projekt schodzi wtedy na drugi plan – widzimy siebie samych w nowym świetle.

    Nie potrzebujemy więcej bodźców ani danych. Choć sieci neuronowe podważają autentyczność każdego doświadczenia, wciąż będziemy ich szukać. Subtelnych i niezastąpionych, które zostają w pamięci dłużej niż mrugnięcie piksela.

    Marki, które to rozumieją, nie budują komunikacji – tworzą obecność. Jeżeli się jej pozbawiamy, pozbawiamy markę duszy. A bez duszy – nie ma człowieczeństwa. Co prawda, nie ma żadnych dowodów na to, że ona istnieje. Ale nie ma to też jakiegokolwiek znaczenia, gdyż w tym momencie to jedyne, co nam pozostało.

    Jeśli chcesz, by Twój brand był odczuwalny, nie tylko widoczny – porozmawiajmy.