Środek bezkresnego przestworu, gdzieś w trasie na północny kraniec Grecji. Słońce powoli zanurza się w smukłej linii horyzontu. Kręta droga prowadząca przez coraz wyższe pagórki i wzniesienia. Ciepło, chociaż nie jest to już typowy grecki upał, który sprawia, że ciężko jest oddychać europejczykowi z południowo – wschodniej Polski.
Jedziesz z przyjaciółmi na roadtrip życia. Waszym środkiem transportu jest wiekowy Volkswagen Transporter – tzw. „ogórek”, przerobiony na potrzeby takiej właśnie wycieczki. Jest magicznie – silnik benzynowy o pojemności 1.1 litra generuje zawrotną moc 25 KM i wydaje równy, przyjemny – wręcz medytacyjny dźwięk. Jesteś młody, piękny i każdą niewygodę traktujesz z beztroską i poczuciem, że wszystko, co Cię spotyka to przygoda. Życie jest piękne.
Następny postój – stacja benzynowa. Wysiadasz z auta i przeciągasz się leniwie. Miejsce wygląda obskurnie, ale ma swój urok. W końcu jesteś otoczony tak wspaniałym terenem i ludźmi, których kochasz. Paczka na całe życie, bez dwóch zdań. Marzycie, planujecie i już wiesz, na czyim weselu będziesz świadkiem, a z kim założysz biznes, który osiągnie międzynarodowy sukces. Sukces ten po latach będziecie świętować właśnie tutaj – na tej stacji.
Dzień zmierza ku końcowi, ale w takich okolicznościach nic nie stoi na przeszkodzie, aby napić się kawy. W końcu przed Tobą cała noc – nikt nie będzie się przecież przejmował okresem półtrwania kofeiny i jakością snu. Zamawiasz – a mówiąc precyzyjnie – kawa robi się sama. Na starym, zardzewiałym automacie vendingowym wciskasz odpowiedni przycisk i czekasz, aż kruczoczarny napój bez śladu kremy wypełni szarawy, papierowy kubek. Bierzesz łyk i prawie wykręca Cię na drugą stronę. Podła robucha. Smakuje jak smoła. Najlepsza na świecie.
Mija 17 lat. Siedzisz przy stoliku w ekskluzywnej kawiarni. Każdy jej detal został starannie przemyślany, a wokół roztacza się atmosfera luksusu, komfortu i autentyczności włoskiej kultury kawowej. Bar z czarnego, polerowanego granitu, a za barem trzygrupowa FAEMA E71E-3. Świątynia espresso. Przybytek klasycznych aromatów. Zapach spokoju, zapach sukcesu. Kelner dostarcza filiżankę czystej krwi doppio, z 100 ml szklaneczką krystalicznej wody. Oczywiście bez cukru – szanujmy się. Spodziewasz się eksplozji Twoich kubków smakowych i niezwykłego body, ale kawa smakuje jakoś tak… normalnie.
Czyżby dlatego, że właśnie czekasz na adwokata, który będzie prowadził Twoją sprawę rozwodową? Z dawnych przyjaciół pozostały Ci tylko nieaktualne kontakty w telefonie lub martwe konta na Facebooku i tęsknisz za tym podłym, kawopodobnym ściekiem, którym raczyłeś się wtedy z nimi na drodze do greckich Meteorów?

Bo przecież kawa nie ma aż takiego znaczenia. Nieważne, jak bardzo w swojej pysze uznaliśmy, że wyciągnęliśmy z niej wszystko, co możliwe. Że wynieśliśmy jej uprawę, przyrządzanie i smakowanie na kompletnie nowy poziom. Kawa to wszyscy Ci, z którymi ją pijemy i wszystko to, co dzieje się wokół niej. Reszta to tylko mniej lub bardziej smaczny napar.
Kawa 2.0 – czyli wszystko się zmienia.
Od czasu, kiedy napisałem ten artykuł minęło już nieco czasu. Zmienił się również mój stosunek do napoju, któremu poświęciłem cały ten tekst. Wszystko za sprawą spontanicznego detoksu, a później zmiany punktu widzenia.
Dzisiaj już tak nie romantyzuję produktu, który – choć prawdopodobnie miał ogromny wpływ na rozwój współczesnej cywilizacji – przyczynił się również do zamknięcia nas w beznadziejnej pętli praca-sen-praca. My dobudowaliśmy do tego całą „kulturę zapierdolu” i daliśmy się porwać przez ten nurt, przez modę na sukces, przez warunkowanie wartości za pomocą osiągnięć w świecie materialnym.
I to w zasadzie smutne, że jedyną w miarę zdrową chwilę wytchnienia znajdujemy przy porannej filiżance naparu, który w swoich korzeniach ma wyrwanie nas z tej pauzy i rzucenie na kołowrót wraz z innymi chomikopodobnymi bytami. Tak, nasz gatunek za pomocą tego niezwykle wspaniałego organu zwanego mózgiem, ma ogromną łatwość w usprawiedliwianiu nas samych nawet w największych głupotach i absurdach.
A potem snujemy opowieści (ja również – nie jestem wyjątkiem) o tym, jak to wspaniale było przy tej kawie, czy na tej imprezie, gdzie połowy nie pamiętasz, a połowę wymiotowałeś pod płotem. Taaa, to porównanie być może to eskalowało za szybko i za szeroko, ale nie widzę powodu, żeby nie pisać tego, co chcę pisać.
No cóż, całe szczęście (i nieszczęście jednocześnie, bo po uświadomieniu sobie tego nie ma na kogo zrzucić winy) – Ty wybierasz. Nikt inny.


Dodaj komentarz